Wymazani przez historię
“i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”
…Zbigniew Herbert
————————————————————————————–
Wymazani przez historię ??
Monika Rogozińska 28-07-2008, ostatnia aktualizacja 29-07-2008 04:24
Rz: Ci, co chcieli ujarzmić Polskę, wiedzieli, co czynią, łamiąc kręgosłup narodu – to słowa z pana książki „Horyzonty wspomnień”. Kręgosłupem nazwał pan ziemiaństwo.
Zbigniew Mieczkowski: Polak ziemianin był zawzięcie niszczony w sposób systemowy zarówno przez okupanta niemieckiego, jak komunistów. Znamienny jest los organizatorów pielgrzymkiTowarzystwa Ziemiańskiego do Częstochowy z 1937 r. Wśród 6000 uczestników byli moi rodzice, a także Urszula Ledóchowska – założycielka szkół wiejskich, beatyfikowana przez Jana Pawła II. Po wybuchu wojny wszyscy ci organizatorzy zostali straceni przez Niemców. Senator Adolf Bniński, były wojewoda poznański, po długich torturach, zginął jak pierwsi chrześcijanie – wrzucono go do klatki lwów w zoo.
Po wojnie większość z ok. 20 tysięcy rezydencji, dworów uległa zagładzie. Celowo niszczono Polskę zachodnioeuropejską i katolicką, z jaką łączyła się tradycja ziemiańska, żeby zastąpić ją Polską sowiecką.
Uczestniczyłem w pielgrzymce na Jasną Górę Towarzystwa Ziemiańskiego w 1996 r. Skupiła 600 osób. Ta proporcja właściwie oddaje straty wśród ziemiaństwa.
Świat ziemiaństwa, o jakim pan opowiada w książce, oparty był na szacunku do obowiązków, poszanowaniu prawa, honorze, życzliwości. Własność ziemska przodowała w kulturze ziemi i oświacie wśród włościaństwa. Robotnika rolnego otaczano opieką. Czy to nie jest zbyt wyidealizowany obraz życia na polskiej wsi przed wojną?
Zawsze będą bogaci i biedni, mądrzy i głupi. To są naturalne podziały w każdym społeczeństwie. A obraz jest takim, jaki istniał i istnieje normalnie do dziś w zachodniej Europie, gdzie zamożne elity ziemiańskie mieszkają często w siedzibach od stuleci. Tyle że arystokracja angielska, w przeciwieństwie do naszej, potrafiła sobie zapewnić kluczową rolę polityczną.
Nasze ziemiaństwo przez wieki podtrzymywało polskość, biło się o nią, było wywożone na Sybir, traciło mienie za udział w powstaniach przeciw zaborcom. W 1920 r. też poszło walczyć. W moich stronach, w okolicach Płocka, życie było zgodne. Istniała przyjaźń między dworem a wsią. Mojej rodzinie parokrotnie nasi pracownicy ratowali życie w czasie wojny. Stangret ukrył w czworakach matkę i siostrę przed gestapo, które mnie szukało. Okoliczne włościaństwo przechowało przez dziesiątki lat nasze meble. Mam je dziś w domu pod Warszawą. Córka naszego lokaja po wojnie była służącą w Łodzi u mojej siostry i jej męża. Stara klucznica opiekowała się do śmierci moją matką w Sopocie. To świadczy o silnym przywiązaniu. Kiedy po 20 latach od opuszczenia Polski wróciłem do Dzierżanowa, to wciąż słyszałem pytania: „Kiedy Pan to znów obejmie? Wszystko niszczeje”. Przecież państwo nic by na tym nie straciło. Zamiast renty dzierżawcy, otrzymywałoby na pewno większy podatek ode mnie, właściciela.
Podkreśla pan, że niszczono i majątki, i ludzi, i pamięć o tamtym świecie. Celowo nią manipulowano. Własność ziemska kojarzona jest z magnackimi fortunami, z utracjuszami trawiącymi majątki na zagranicznych wojażach.
To efekt propagandy komunizmu. Trzeba odróżnić olbrzymie fortuny magnackie od typowych majątków ziemskich, jak Dzierżanowo mego ojca Stefana, mające ok. 800 hektarów. Mieliśmy administratora, ale wszyscy pracowali, a nie siedzieli za granicą i grali w karty. Pałac i 40 budynków gospodarczych spłonęły podczas I wojny. Ojciec zaczął od wznoszenia zabudowań gospodarczych i dla służby. Postawił dwór, który u progu II wojny miał 20 pokoi. Prowadził dochodowe gospodarstwo oparte na plantacji buraków cukrowych, połączone kolejką z cukrownią Mała Wieś. Odbudował ją wraz z innymi ziemianami po I wojnie. Miał młyn zbożowy o napędzie elektrycznym, stawy rybne, sady, hodowlę koni.
Parę tygodni temu zaproszono mnie na kolejny już wykład do szkoły w Małej Wsi. Cukrownia nie istnieje. Miałem spotkanie z młodzieżą z trzech liceów, wnukami naszych przedwojennych pracowników. Czuję się tam jak u siebie w domu, choć dwór w Dzierżanowie rozebrano. Gdyby pani widziała, jak piękne listy stamtąd dostaję!
O czym młodzież chciała słuchać?
Mówiłem im o Polsce przedwojennej i o moich losach. Wyszedłem z Polski, mając 17 lat, żeby o nią walczyć i nadal łączą mnie z nią silne związki emocjonalne.
Pana najbliższa rodzina także walczyła o wolną Polskę.
Mąż mojej siostry Danuty, Stanisław Dziewanowski, oficer rezerwy I Pułku Szwoleżerów, zginął we wrześniu 1939 r., broniąc Modlina. Małżeństwo trwało rok. Dana urodziła córeczkę pogrobowca. Pośmiertnie odznaczono Stasia Krzyżem Virtuti Militari. Jego brat Kazimierz (ojciec ambasadora Polski w USA w latach 90.) też poległ w kampanii wrześniowej. Podczas powstania warszawskiego Krzyżem Walecznych odznaczono Danę – była łączniczką zgrupowania „Harnaś”. Ranną i nieprzytomną po przysypaniu gruzem uratował lekarz prowadzący szpital powstańczy na Mokotowskiej. Sanitariuszką była tam moja druga siostra Elżbieta. Ten lekarz został mężem Elżuni. Naszej matce w powstaniu kula przeszyła rękę. Nigdy nie mogła już grać na fortepianie.
W Warszawie mieliśmy przed wojną mieszkanie.
Spłonęło.
Po wojnie rodzice pana, wyrzuceni z Dzierżanowa, zamieszkali w oddalonym o 30 km modrzewiowym dworze w Strachówku, odziedziczonym przez pana matkę Helenę. Park i łąki zajmowały 19,5 ha, więc dekret reformy rolnej, który konfiskował majątki powyżej 50 ha, nie objął tej ziemi.
Po czterech latach jednak wyrzucono rodziców i z tego gospodarstwa, wbrew ówczesnemu prawu. Ojciec, ciężko chory na cukrzycę, wkrótce zmarł. Skonfiskowaną rezydencję mojej babki wraz z parkiem i łąkami przekazano w zarząd miejscowemu pracownikowi, analfabecie. Później przejął go Związek Zielarski z Warszawy – Herbapol. Dwór przeznaczono na mieszkania pracownicze. Park zdewastowano, staw zasypano hałdami odpadków produkcyjnych. W 1982 r. ekspertyza stwierdziła, że zabytkowy dwór, w którym mieszkało pięć rodzin, grozi zawaleniem.
Moja matka nigdy nie zaakceptowała tej grabieży. Występowała kilkakrotnie do władz o zwrot. To była jej hipotecznie oddzielona własność, zabrana z powodu domniemania, że Strachówko należy również do dóbr jej męża.W latach 90. Herbapol sprywatyzował się na tym majątku. By pozbyć się kłopotu, sprzedał dwór przygodnemu kupcowi.
ako spadkobierca z chwilą odzyskania przez Polskę suwerenności ponowiłem żądania o zwrot. Bezskutecznie. Zadziwiające jest, że odpowiedzi ministra rolnictwa są identyczne z udzielanymi przez władze PRL.
Nowy właściciel, niezorientowany sytuacji, chciał uratować modrzewiowy dworek. Odbudował go. Rozmawiał z nim pan?
W Londynie spotkałem prezydenta Wałęsę i przypomniałem okolice jego dzieciństwa. Odpowiedział: „Tam kiedyś powstanie muzeum mego imienia!”
Nie, bo kiedy przyjechałem do Strachówka, to go akurat nie było. Jeżdżę w tamte okolice, żeby odwiedzać groby rodzinne. Rodzina matki, Chamscy z Chamska, herbu Jastrzębiec przybyli na Mazowsze w XI w. Jak niesie legenda, Jastrzębczykowie zwani Bolestami służący w hufcu króla Bolesława Śmiałego, zabili św. Stanisława, biskupa krakowskiego, i schronili się w puszczach mazowieckich. W XVI w. Chamscy wymieniani byli wśród największych właścicieli dóbr ziemskich na Mazowszu. Nigdy tej krainy nie opuścili. Mieczkowscy też stąd się wywodzą. Nazwa dóbr Mieczki pochodzi od Mieczka, rycerza księcia mazowieckiego, któremu książęcym przywilejem nadano je w 1403 r. Dopiero Polska Ludowa pozbawiła nas odwiecznych gniazd rodzinnych.
Jakie pan widzi rozwiązanie sytuacji? W wyniku II wojny światowej przesunięto granice. Na wschodzie pozostała trzecia część Polski. Miliony ginęły, miliony wyganiano z domów. Panuje dziś przekonanie, że zadośćuczynienie za odebrane majątki oznacza, iż ofiary wojny mają spłacać reparacje wojenne innym ofiarom wojny za niesprawiedliwość przyniesioną na obcych bagnetach.
Trudno, abym po całkowitych zniszczeniach Strachówka wyrzucał nowego właściciela z domu, który odbudował w dobrej wierze. Domagam się jednak zapłaty czynszu za okres 50 lat użytkowania – dzierżawy mojej własności przez Skarb Państwa. Należy mi się także odszkodowaniu za wartość mego spadku, który państwo polskie zabrało, używało, a potem sprzedało mimo próśb o zwrot.
Polska odrodzona po 1989 r. nie zrobiła żadnego gestu zadośćuczynienia, ani moralnego, ani materialnego w stosunku do byłych właścicieli ziemskich. Nie dopominamy się zwrotu rozdanej włościanom ziemi. Ale wciąż ogromne zagrabione areały znajdują się w posiadaniu Agencji Rolnej Skarbu Państwa. Dotkliwe jest patrzenie, jak niszczeją własne domy. Dlaczego się ich nie oddaje prawowitym właścicielom?
Dwór w Dzierżanowie zamieniono na szkołę, potem zrujnowano i rozebrano. Stawy wyschły, ogród wykarczowano, nic na jego miejsce nie sadząc. Pozostało siedem hektarów zdewastowanego parku przejętego przez Agencję Rolną oraz 300 ha ziemi wydzierżawionej spółce rolnej.
Jako młodzieniec bywał pan u zaprzyjaźnionej rodziny w dworze w Chalinie, w którym, po wywłaszczeniu, umieszczono szkołę podstawową. Chodził do niej Lech Wałęsa.
Kiedyś w Londynie spotkałem prezydenta Wałęsę i przypomniałem okolice jego dzieciństwa. Odpowiedział: „Tam kiedyś powstanie muzeum mego imienia!”. Czyż to nie świadczy najdobitniej o nastawieniu władz wolnej Rzeczypospolitej do zwrotu zagrabionej własności?
Jest pan niestrudzonym lobbystą na rzecz Polski. Niewielu rodaków po wojnie miało takie koneksje jak pan w Wielkiej Brytanii. Zwracał się pan do wpływowych znajomych w elitach władzy, gdy Polska była przedstawiana w negatywnym świetle. Pisał pan listy, artykuły, sprostowania w czołowych dziennikach.
Gdy wybuchł stan wojenny, moja żona zorganizowała bal, z którego dochód przeznaczony był na pomoc poszkodowanym przez reżim Jaruzelskiego. Mam cudowną żonę, wzorową matkę i lepszą katoliczkę niż ja, choć dla małżeństwa ze mną i dla dzieci to ona przeszła na katolicyzm. Większość Anglików nie miała pojęcia co się działo z Polską. Tłumaczyłem, występowałem na łamach prasy brytyjskiej, wielokrotnie broniąc interesów Polski. Nawiązałem bliskie kontakty z byłym premierem Wielkiej Brytanii lordem Hume, który stał się rzecznikiem naszych spraw. Moje kontakty z przedstawicielami rządu brytyjskiego, między innymi z panią Thatcher, powodowały rewizję poglądów brytyjskich na zagadnienia związane z Polską.
Ostatnio miałem wykład w naszej ambasadzie w Paryżu dla Francuzów na temat wkładu Polski w II wojnę światową. Oczy szeroko otwierali na informację, że Francja była wyzwalana przez polskie wojska. A przecież historia I Dywizji Pancernej nadaje się na fascynujący film fabularny!
Skończył pan 86 lat i nieustannie krąży po Europie. Skąd pan czerpie na to siły?
Krzywdy wyrządzone naszemu narodowi, a specjalnie memu środowisku, mobilizują mnie do walki. Ignorancja Zachodu oraz manipulowanie przez wpływy komunistyczne polskim społeczeństwem wymaga stałego naświetlania kłamstw i nieprawości.
To praca, której niestety wciąż nie widzę kresu.
Zbigniew Mieczkowskihttp://www.rp.pl/artykul/88001,168861_Wymazani_przez_historie.html
Obywatel polski i brytyjski, ur. 22 czerwca 1922 r. w majątku Dzierżanowo. Uczył się w gimnazjum im. Jana Zamoyskiego w Warszawie i im. Księdza Jana Długosza we Włocławku. We wrześniu 1939 r. przez Rumunię dotarł do Francji. Następnie ewakuował się z wojskiem generała Sikorskiego do Anglii. Jako oficer I Dywizji Pancernej generała Stanisława Maczka latem 1944 r. uczestniczył w walkach zamknięcia Worka Falaise w Normandii, wyzwalaniu Francji, Belgii, Holandii i wkroczeniu do Niemiec. Po wojnie, po trudnych początkach w Wielkiej Brytanii, został przedstawicielem fabryk amerykańskich i belgijskich związanych z mechanizacją przemysłu. W wieku 43 lat ożenił się z Caroline, córką lorda i lady Grenfell, rodziny od pokoleń związanej z dworem królewskim. Ślub odbył się w Izbie Lordów w Londynie. Syn Stefan i córka Helena mieszkają w Wielkiej Brytanii.
Założył Fundację Upamiętnienia Pierwszej Polskiej Dywizji Pancernej Generała Stanisława Maczka, której celem jest podtrzymywanie przyjaźni między Polską a wyzwalanymi miastami Francji, Belgii i Holandii. Przewodniczył komitetom, które zbudowały pomniki dywizji: w Duns w Szkocji (Pułków Pancernych) oraz w Warszawie (I Dywizji Pancernej). Przewodniczył Polskiej Radzie Bibliotecznej w Londynie opiekującej się archiwami Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Był redaktorem książek, m.in. “Żołnierze generała Maczka”.
Odznaczony: Krzyżem Walecznych i odznaczeniami alianckimi okresu wojny, Komandorią Polonia Restituta, belgijskim Orderem Leopolda , francuską Legią Honorową.




zenobiusz powiedział/a
Samostrzel – wieś w Polsce położona w województwie kujawsko-pomorskim, w powiecie nakielskim, w gminie Sadki.
W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa bydgoskiego.
Samostrzel znajduje się w odległości 2,7 km. od Sadek Wieś Samostrzel należała do dóbr rycerskich. W roku 1429 jej właścicielem był Grzymisław, który przez historyków uznawany jest za protoplastę rodu Samostrzelskich. Ostatnim z rodu Samostrzelskich był Paweł, fundator drewnianego kościoła w Sadkach, zmarły prawdopodobnie w 1587 roku. Wymarcie rodu Samostrzelskich spowodowało, iż wieś wraz z przynależnymi do niej osadami była kolejno we władaniu rodziny Orzelskich, następnie Grudzińskich i Opalińskich. Najprawdopodobniej w drodze mariażu Samostrzel stał się własnością rodziny Łąckich, a w roku 1698 cały klucz samostrzelski z wsiami: Mrozowo, Kraczki, Żelazno kupił Piotr z Bnina Bniński. W tej rodzinie majątek pozostawał do II wojny światowej. Zewnętrznym miernikiem świetności rodu Bnińskich miał się stać pałac, który traktowano jako rodowe gniazdo. Budowę pałacu rozpoczął Piotr Bniński, a kontynuował jego syn Wojciech. Pałac powstał na pewno przed rokiem 1749 a jego architektem, podobnie jak kościoła w Sadkach, był Merkier ze Szczecinka. Budowla samostrzelska wzbudzała zachwyt w XIX wieku. Pisano o pałacu w 1864 roku “Pałac w Samostrzelu jest obszerną o dwóch skrzydłach budową, która wzniesiona przed 150 przeszło laty, powiększoną i ozdobioną została w 1825 roku. Wspaniałe komnaty, urządzone z przepychem, obok prostoty i wdzięku, zdobią dość znakomite zabytki sztuki, mianowicie kilka obrazów wybornego pędzla, wspaniały księgozbiór”. Opisywana budowla wykonana była w stylu barokowym. Wokół pałacu zaś założono park krajobrazowy na wzór angielski. Późnoklasycystyczną postać, utrzymującą się w zarysie do dziś, otrzymał pałac około roku 1880. Przebudowę przeprowadził Ignacy Bniński. Wraz z modernizacją pałacu stworzono jeden z najwspanialszych ogrodów na ziemiach polskich. Ogród (włoski) zdobiły egzotyczne rośliny oraz wykonane przez miejscowych rzeźbiarzy muzy greckie. W okresie dwudziestolecia międzywojennego w pałacu samostrzelskim przebywali między innymi: Józef Piłsudski w 1921 roku, prezydent Ignacy Mościcki, generał Edward Rydz – Śmigły, Jan Kiepura. W czasach II wojny światowej pałac przejęli Niemcy. Ulokowano w nim organizację młodzieżowa Jugendheim. Następnie, po pierwszych klęskach na froncie wschodnim w 1943 roku pałac przeznaczono na szpital wojenny. Po zakończeniu wojny w latach 1947 – 1982 pałac stał się siedzibą szkoły rolniczej. Następnie został przejęty przez Ministerstwo Kultury z zamiarem zorganizowania tu domu pracy twórczej, jednakże nie podjęto w tym celu żadnych działań. Na początku XXI wieku planowano tu uruchomienie hotelu dla oficerów NATO z Bydgoszczy, jednakże i ten zamysł nie został zrealizowany. W chwili obecnej ten wspaniały zabytek niszczeje, a jego właścicielem jest Agencja Mienia Wojskowego, która bezskutecznie usiłowała go sprzedać za nie mniej niż 8 mln złotych, pomimo tego, o zwrot zespołu pałacowego zabiegają spadkobiercy Marii Bnińskiej.
Budynki zespołu pałacowo – parkowego zajmują powierzchnię 5540 metrów kwadratowych (z czego pałac 4200 m kw., reszta przypada na browar, stajnię, garaż i barak biurowy), natomiast powierzchnia całego zespołu z parkiem wynosi 25,95 ha.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Samostrzel_(wojew%C3%B3dztwo_kujawsko-pomorskie)
zenobiusz powiedział/a
W okresie zaborów Samostrzel stał się ostoją polskości – organizowano tu regularnie zebrania patriotyczne, których symbolem mogą być takie postacie, jak Chłapowscy, S. Garczyński i A. Mickiewicz. W 1921 roku przebywał tu Józef Piłsudski (co upamiętnia zachowana fotografia). W pałacowych wnętrzach rozbrzmiewał głos goszczącego Jana Kiepury. Pod patronatem hrabiny Bnińskiej działała placówka PCK, Stowarzyszenie Młodych Polek oraz parafialny “Caritas”. Właściciel Samostrzela w latach międzywojennych, Ignacy Bniński, posiadał bezcenną kolekcję obrazów, porcelany, starodruków itp. Szczycił się zwłaszcza oryginalnym portretem ostatniego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niestety zbiory w czasie II wojny światowej uległy rozproszeniu: część zagarnęli Niemcy, a resztę Rosjanie. W samym pałacu w latach 1940-1943 przeprowadzono remont, przeznaczając go na szpital wojskowy. Ta decyzja przyczyniła się do dewastacji samego obiektu i jego otoczenia.
http://www.odznaka.kuj-pom.bydgoszcz.pttk.pl/opisy/1e/samostrz.htm
zenobiusz powiedział/a
Prawowici właściciele są całą sprawą zbulwersowani. Sąd kilka lat temu uznał ich prawo do spadku po ostatniej dziedziczce Samostrzela. Niestety starostwo powiatowe, które administrowało pałacem, pozwoliło, by popadł on w ruinę. Urzędnicy ociągali się również z przekazaniem posiadłości rodzinie Bnińskich. Bez wiedzy spadkobierców pałac przejęło wojsko.
W majestacie prawa, urzędnik państwowy, który bierze państwowe pieniądze, odmawia zwrotu byłemu właścicielowi tylko dlatego, żeby oddać w czasie pokoju prywatną rezydencję Agencji Mienia Wojskowego – oburza się Katarzyna Bnińska. Losem pałacu zainteresował się Marcin Friedrich. Posłuchaj jego relacji:
Wojsko przekazało pałac firmie Gromada, która ma zająć się remontem budynku. Bnińscy jednak zapowiadają, że nie ustaną w walce o swoją własność.
Dziś w pałacu trwał wielki festyn z okazji rozpoczęcia remontu pałacu. Był to jednocześnie przedwyborczy piknik, który zafundował Janusz Zemke – obecny wiceminister obrony. To właśnie dzięki niemu, pałac przejęło wojsko.
Jak zapewnia starosta i wójt – sytuacja prawna jest absolutnie czysta – mówi Zemke, który nie martwi się pretensjami spadkobierców
http://www.rmf24.pl/fakty/polska/news-powojenne-losy-palacu-w-samostrzelu,nId,92243
zenobiusz powiedział/a
Liczni przedstawiciele “homo novus” nie wchodzą w zakres zainteresowania tej podstrony.Pełno ich wszędzie.,więc tu może ich nie być.
zenobiusz powiedział/a
Były z US Navy(emeryt)
Oto jeden z bohaterskich Polaków, a nie Wolski soviecka wydmuszka, czemu o takich Polakach się, nie pisze???
Z polskiej Marynarki do US Navy. Życiorys kapitana Stefana Wesołowskiego mógłby służyć za scenariusz kilku dobrych filmów. Jako dziecko brał udział w obronie Lwowa i Powstaniu Śląskim, potem zaciągnął się do Marynarki, walczył pod Narwikiem, pływał w konwojach do Murmańska, aż wreszcie został… dowódcą amerykańskiego lotniskowca. Urodził się w Warszawie 31 stycznia 1909 roku w rodzinie o tradycjach patriotycznych. Jego ojciec walczył podczas rewolucji 1905 roku, a dziadek i pradziadek brali udział w powstaniach styczniowym i listopadowym. Kiedy miał 9 lat (słownie: dziewięć) uciekł z domu i zaciągnął się do Legionów Piłsudskiego. Jako żołnierz piechoty brał udział w obronie Lwowa przed oddziałami ukraińskiej Armii Halickiej. Trzy lata później pojechał z kilkoma kolegami na Śląsk, gdzie walczył w Trzecim Powstaniu Śląskim. Był zwiadowcą – przebrany za dziewczynkę pasącą krowy przemieszczał się dość swobodnie między niemieckimi jednostkami i zbierał informacje o ich dyslokacji. Odegrał również kluczową rolę w wysadzeniu w powietrze niemieckiego pociągu pancernego. Za zasługi podczas obu kampanii otrzymał Krzyż Walecznych i awans na kaprala. Został najmłodszym kapralem II Rzeczypospolitej. Miał wtedy… 12 lat! Kilku jego towarzyszy broni służyło wcześniej w carskiej Marynarce Wojennej. Zarazili oni młodego Stefana swoimi opowieściami o morzu do tego stopnia, że po ustaniu walk postanowił nie wracać do Warszawy, tylko udał się na Wybrzeże. Tam zaciągnął się jako chłopiec okrętowy na statek “Abdank”, a następnie przeniósł się na “Gazolinę” – szkuner, który stanowił zalążek nowo powstającej floty handlowej. Był jedynym Polakiem wśród kilkuosobowej załogi. Pewnego dnia kapitan “Gazoliny” polecił mu uszyć polską flagę. Następnie podczas krótkiej ceremonii Stefan wciągnął ją na maszt, nie zdając sobie sprawy z powagi chwili. To była pierwsza polska flaga na statku handlowym od ponad trzystu lat! Praca na “Gazolinie” niezbyt przypadła mu do gustu. Armator skąpił pieniędzy i dobierał załogę na zasadzie “im tańszy, tym lepszy”, co sprawiało, że składała się ona z dość nieciekawych typów. Poza tym Stefan zawsze chciał służyć w Marynarce Wojennej. Dzięki wstawiennictwu admirała Kazimierza Porębskiego został w wieku 13 lat przyjęty do Szkoły Podoficerskiej Marynarki Wojennej, gdzie oprócz nauki marynarskiego fachu szybko nadrabiał braki w podstawowej edukacji (uciekł do wojska zanim nauczył się dobrze czytać i pisać). Mimo młodego, a wręcz dziecięcego wieku został szybko zaakceptowany przez załogi okrętów, na których służył. Jako wzorowy kadet został wysłany na szkolenie do Francji, gdzie pływał na pokładach okrętów “Condercet”, “Fortune” i “Bourrasque”. Tam szkolił się głównie w nawigacji i łączności. Po ośmiu latach służby został przeniesiony do rezerwy i powrócił do marynarki handlowej. W 1930 roku otrzymał dyplom kapitana i objął dowodzenie holownikiem “Pollox”. Bardzo zaangażował się także w budowę portu w Gdyni. W 1934 roku ożenił się z Antoniną Kijańczyk i wkrótce na świat przyszli jego dwaj synowie – Zdzisław i Jeremi. Pod koniec lat 30-tych rozważał przejście na wcześniejszą emeryturę, ale los postanowił inaczej…24 sierpnia 1939 roku kapitan Stefan Wesołowski został zmobilizowany do służby w Marynarce Wojennej. Miał przydział na okręt podwodny ORP “Orzeł”. Kiedy się na nim stawił okazało się, że cała załoga jest w komplecie i brakuje dla niego odpowiedniego stanowiska. Udał się więc na niszczyciel “Wicher”, ale i ten posiadał skompletowaną załogę. W końcu został łącznościowcem na niszczycielu “Błyskawica”. Dwa dni przed wybuchem wojny niszczyciele “Błyskawica”, “Burza” i “Grom” przystąpiły do realizacji planu “Pekin”, który przewidywał, że w obliczu nieuchronnej wojny okręty te mają jak najszybciej wyruszyć w drogę do Wielkiej Brytanii. Wiadomość o wybuchu wojny zastała je już na Morzu Północnym. Wiosną 1940 roku “Grom” i “Błyskawica” otrzymały rozkaz udania się do Norwegii. Podczas bitwy o Narwik “Błyskawicę” zaatakował niemiecki samolot. Stefan otworzył ogień z działka przeciwlotniczego wskutek czego samolot zrzucił torpedę zbyt wcześnie – tak, że minęła ona dziób niszczyciela o metry. Sam podczas walki został ciężko ranny i po powrocie do Plymouth trafił do szpitala. Za zasługi w kampanii norweskiej otrzymał drugi Krzyż Walecznych. Po powrocie do zdrowia rozpoczął służbę na francuskich ścigaczach operujących na Kanale La Manche. Rany odniesione w Norwegii dały jednak o sobie znać i zmusiły Stefana do przerwania służby. Ponownie trafił do marynarki handlowej i przez dwa lata (1941-1943) pływał w atlantyckich konwojach.Pewnego listopadowego dnia w 1943 roku stał na nabrzeżu w stoczni Brooklyn Naval Shipyard w Nowym Jorku, kiedy nagle podszedł do niego jakiś człowiek i powiedział, że generał Frank Ross, szef Korpusu Transportowego Armii Stanów Zjednoczonych chciałby z nim porozmawiać. Podczas rozmowy generał, znający doskonale przebieg kariery Stefana, zaproponował mu stanowisko zastępcy dowódcy lotniskowca eskortowego USS “Ganandoc”. Polak wyraził zgodę. USS “Ganandoc” był masowcem przerobionym w brooklyńskiej stoczni na lotniskowiec pomocniczy. W ładowni mieścił 65 myśliwców, a dalszych 30 stało w pogotowiu na pokładzie. Zadaniem lotniskowca była ochrona konwojów oraz dostarczanie samolotów i uzbrojenia do wojsk amerykańskich przygotowujących się w Wielkiej Brytanii do inwazji na Normandię. Podczas trzeciej podróży dowódca “Ganandoca” dostał zawału serca i na stanowisku zastąpił go kapitan Wesołowski. Lotniskowiec wziął aktywny udział w lądowaniu aliantów we Francji w czerwcu 1944 roku. Został jednak poważnie uszkodzony przez niemiecką artylerię. Dowództwo spisało go na straty, jednak Stefan zmobilizował załogę do dokonania niezbędnych napraw i doprowadził pokiereszowany okręt do Plymouth. Jego służba podczas inwazji spotkała się z powszechnym uznaniem. Dowództwo US Navy zaproponowało nawet, że nazwą kolejny okręt USS “Wesolowski”, jednak polski kapitan nie zgodził się na to. Pod koniec 1944 roku wśród polskich marynarzy rozeszła się wieść, że amerykańskim lotniskowcem dowodzi Polak. Pewnego dnia USS “Ganandoc” zawinął do portu w Southampton i zacumował obok “Błyskawicy”. Z polskiego niszczyciela udała się, nań w odwiedziny grupa marynarzy. Kiedy weszli do kabiny dowódcy stanęli jak wryci. “Stefan! Co ty tu robisz?!” – wykrztusił w końcu jeden z nich. W lutym 1946 roku Stefan Wesołowski otrzymał przepustkę w celu odszukania rodziny w Polsce. Zanim jednak tam pojechał, postarał się o list podpisany przez generałów Eisenhowera i Mc Nary’ego. Ten dokument okazał się później bezcenny. Stefan nie posiadał wtedy obywatelstwa amerykańskiego. Jako Polak służący w US Navy podejmował straszliwe ryzyko wracając do opanowanego przez komunistów kraju. 18 maja 1946 roku przybył do Frankfurtu, gdzie udało mu się załatwić miejsce w pierwszym samolocie lecącym do Warszawy. Kiedy siedział już na pokładzie jakaś młoda kobieta zaczęła go błagać ze łzami w oczach, by ustąpił miejsca jej córce. Ustąpił. Samolot rozbił się tuż za lotniskiem, zaraz po oderwaniu się od pasa…W Polsce udało mu się odnaleźć rodzinę, której nie widział przez ponad sześć lat i która cudem przetrwała wojnę. Komuniści zaczęli jednak robić problemy przy wyjeździe z Polski. Wesołowski dzięki listowi podpisanemu przez generałów dotarł do Bolesława Bieruta. Podczas rozmowy Bierut usilnie namawiał kapitana do pozostania w kraju. Obiecywał stanowisko admirała i zwierzchnictwo nad całą Marynarką Wojenną. Bezskutecznie. W końcu udało mu się uzyskać wizy wyjazdowe dla żony i synów. Antonina Wesołowska wraz synami przypłynęła do Nowego Jorku na pokładzie S/S “Washington”. W porcie czekał już na nią mąż i dziennikarze z nowojorskich gazet. Krótko potem kapitan Wesołowski został zdemobilizowany z US Navy i podjął pracę w marynarce handlowej. Zanim się to jednak stało został zaproszony do Białego Domu, gdzie prezydent Truman osobiście podziękował mu za wybitną służbę.Rodzina Wesołowskich uzyskała obywatelstwo amerykańskie i osiedliła się na Staten Island w Nowym Jorku. Stefan jeszcze przez dwadzieścia lat pływał pod amerykańską banderą. Jednocześnie działał aktywnie w środowiskach polonijnych. Został odznaczony wieloma medalami amerykańskimi, polskimi, brytyjskimi, francuskimi i rosyjskimi (odmówił przyjęcia tych ostatnich). Po przejściu na emeryturę zamieszkał w Miami Beach, gdzie zmarł w 1987 roku.Jego starszy syn Zdzisław wstąpił do US Air Force podczas wojny w Korei. Po wojnie uzyskał doktorat i przez lata wykładał w Florida Memorial College w Miami. Młodszy syn Jeremi został farmaceutą i mieszka z rodziną w Yorba Linda w Kalifornii.
Ps. Przeczytajcie także:
http://niezalezna.pl/article/show/id/32624
Historia braci Sullivan
zenobiusz powiedział/a
Wszystko zależy od osobistej uczciwości urzędników,i lokalnych społeczności.Wziątek nie zwrócony,grzech nie odpuszczony(Św Augustyn)
Miejsce urodzenia arcybiskupa gnieźnieńskiego i trzydziestu pokoleń tej samej rodziny
Maciej Rydel 29-01-2008, ostatnia aktualizacja 29-01-2008 12:23
Skotniki pod Sandomierzem. Dwór z XIV wieku wrócił do właścicieli dzięki decyzji rady gminy
źródło: Rzeczpospolita
Dwory – bezpańskie skarby państwa w ruinie
Na mapie siedzib historycznych Skotniki zajmują wyjątkowe miejsce. Miejscowość należała do rodziny Bogoriów-Skotnickich od przynajmniej 1185 roku z przerwą na lata 1945 – 1997. Do 1945 roku był to dwór i majątek ziemski. Po 1997 roku oddano dwór z parkiem i resztką fosy. Nazwisko pozostało. Przez osiem wieków Skotniccy zawsze mieli synów.
Skotniki leżą w zachodniej pradolinie Wisły, 10 km na południe od Sandomierza. Istniejący dziś dwór alkierzowy, pierwotnie drewniany, od XVII wieku murowany, posadowiony jest na miejscu rycerskiego fortalicjum obronnego na wzniesieniu, z widoczną wyraźnie fosą i resztką wałów.
Dwór ma cztery narożne alkierze z XVII wieku i korpus główny przebudowany pod koniec XVIII wieku. Na ścianie jednego z alkierzy zachowały się XVI-wieczne polichromie. Z frontowego alkierza przeprowadzono, ponoć w średniowieczu, tunel do pobliskiego kościoła. Dach jest łamany, tzw. polski, kryty gontem. Dwór ma 11 pomieszczeń.
Losy dworu i właścicieli są na kartach historii Polski. W 1185 roku fundatorem klasztoru Cystersów w pobliskiej Koprzywnicy był wojewoda sandomierski Mikołaj de Bogorya. Dzisiejsza wieś Bogoria Skotnicka była pierwotnym gniazdem rodu. Skotniki wymienione są w 1167 roku jako współwłasność książąt sandomierskich, później kapituły katedralnej w Krakowie. Stąd wywodzi się wojewoda krakowski – Piotr ze Skotnik herbu Bogorya, współdowodzący za czasów Leszka Czarnego w zwycięskiej bitwie z wojskami rusko-tatarskimi pod Goźlicami (1285 r.). Jego syn Wojciech, wojewoda sandomierski, wsparł Władysława Łokietka w powrocie do władzy.
Ale najwybitniejszym przedstawicielem rodu był kolejny syn Piotra Jarosław (1276 – 1376) – arcybiskup gnieźnieński. To jemu i jego szwagrowi Spytkowi z Melsztyna Władysław Łokietek przekazał na łożu śmierci opiekę nad Kazimierzem Wielkim. Był pełnomocnikiem w sporach z zakonem krzyżackim. Współzakładał wszechnicę krakowską w 1364 roku (dzisiejszy UJ). Był inicjatorem budowy katedry w Gnieźnie oraz kościołów i zamków: w Uniejowie, Opatówku, Kurzelowie, Kamieniu Krajeńskim, Łowiczu, Kaliszu. W Skotnikach ufundował gotycki kościół parafialny w 1347 r.
Jego postać z herbem Bogorya jest przedstawiona na płaskorzeźbie z 1322 roku w kościele Santa Maria degli Scolari w Bolonii. To najstarszy wizerunek polskiego herbu za granicami Polski. Ród pochodzi od jego brata Mikołaja, wojewody krakowskiego, doradcy Kazimierza Wielkiego na kongresie w Wyszehradzie (1335 r.).
Ze Skotnik pochodzili m.in.: Mikołaj (zm. 1388 r.), kasztelan zawichojski i marszałek królestwa, współtwórca unii polsko-litewskiej, Marcin (zm. 1514) – sygnatariusz konstytucji nihil novi, stronnik Jagiellonów; Piotr (zm. 1584 r.), profesor Uniwersytetu Krakowskiego; Tomasz (zm. 1700 r.), biskup, sufragan chełmiński; Krzysztof, ostatni opat klasztoru w Koprzywnicy, fundator kościoła w Zakrzówku (1793 r.); Michał (zm. 1808) – malarz, jego pomnik stoi w kościele Santa Croce we Florencji; Marceli (zm. 1850) – literat, autor powieści i przekładów z literatury francuskiej; Antoni (zm. 1897) – w powstaniu styczniowym komisarz rządu narodowego.
W 1894 r. urodził się tu Stanisław Skotnicki „Grzmot”, dowódca Pomorskiej Brygady Kawalerii w okresie II Rzeczypospolitej, generał brygady. W kampanii wrześniowej 1939 roku dowódca grupy operacyjnej jego imienia, która osłaniała odwrót Armii Pomorze. Zginął 19 września pod Tułowicami. Dwór należał do jego brata Maksymiliana, porucznika rezerwy, obrońcy Lwowa w 1919 roku. Uczestnika kampanii wrześniowej internowanego w oflagu w Murnau, gdzie zmarł 5 maja 1945 roku. Ich brat Gustaw aresztowany przez Niemców został zamordowany w 1940 roku w obozie zagłady Mauthausen-Gusen.
Ich matka Wanda z Russockich zmarła we dworze w maju 1941 roku, po wiadomości o śmierci syna Michała (trzeciego w ciągu niecałych dwóch lat). Syn Gustawa poległ pod Szydłowcem, a Jan, syn Michała, w powstaniu warszawskim. Syn generała Stanisława Grzmot-Skotnickiego, też Stanisław, podporuczmik AK, przesiedział w więzieniach PRL do 1955 roku. W czasie II wojny światowej dwór był ośrodkiem lokalnego dowództwa AK. Należeli do niej wszyscy dorośli z rodziny. Maria z Knothe’ów, żona Maksymiliana, była zastępcą dowódcy Wojskowej Służby Kobiet AK Okręgu Radom – Kielce.
Charakterystyczne są losy Skotnickich dla sytuacji ziemian polskich.
Rodzina musiała opuścić dom pod koniec 1944 roku. Niezwykłość historii w Skotnikach polega na tym, że w 1997 roku jednogłośną uchwałą Rady Gminy w Samborcu i mieszkańców Skotnik dwór z parkiem zwrócono synowi przedwojennego właściciela Maksymilianowi Skotnickiemu, geografowi, wykładowcy na Uniwersytecie Warszawskim.
Napisz do nas o zaniedbanych dworach z Twojej okolicy. Wyraź opinię: czy państwo powinno ratować resztki tej architektury? Czy dwory powinny być zwracane dawnym właścicielom, którzy się o to starają?
Tutaj możesz zostawić swój komentarz
Maksymilian i Michał Skotniccy, spadkobiercy Skotnik
W 1944 roku nasza babcia musiała wyjechać ze Skotnik. Dziadek zmarł w oflagu trzy dni przed końcem wojny. Zginęli wszyscy czterej bracia z jego pokolenia. Do 1956 roku był zakaz pojawiania się w powiecie. W 1952 roku w Sandomierzu jakaś pani podobna do naszej babci została zatrzymana do wyjaśnienia.
Po październiku 1956 roku, od razu gdy tylko mógł, nasz tata pojechał do Skotnik i tam został fantastycznie przywitany. Przyjechał najpierw do Sandomierza i wieść się rozeszła. Meble, które do dzisiaj mamy, mieszkańcy Skotnik schowali u siebie. Niektórzy wręcz płakali, że coś się zniszczyło. Potem, z tymi meblami na furmankach, odprowadzili ojca na dworzec w Sandomierzu. To podobno niezwykle wyglądało. Tłum ludzi na bocznicy kolejowej. I dwa wagony mebli. My, urodzeni w latach 70., byliśmy chrzczeni w Skotnikach. Przyjaciel stamtąd Zygmunt Surowiec był ojcem chrzestnym Maksymiliana. Pomagał w odbudowie dworu, gdy ten spłonął w latach 60., gdy był tam szpital. Gdyby nie starania mieszkańców Skotnik i ojca nic by nie zostało. W latach 80. była we dworze szkoła. Ale w Skotnikach była druga, zbudowana przez dziadka. W 1997 gmina została właścicielem. Rada gminy jednogłośnie podjęła uchwałę o oddaniu. Na referendum wiejskim jeden z mieszkańców wstał i powiedział: „Jak my możemy w ogóle głosować. To by było sankcjonowanie rabunku”. Myślimy, co dalej. Zbieramy fundusze na remont.
Ustawa reprywatyzacyjna powinna oddać to, co zostało w gestii państwa. Dawni właściciele to często nie są osoby zamożne. Starają się o ruiny i przechodzą gehennę postępowań administracyjnych. Stosunek do dawnych właścicieli to papierek lakmusowy uczciwości polityków.
Rzeczpospolita
zenobiusz powiedział/a
Były z US Navy(emeryt)
Oto jeden, któremu udało się, ujść z życiem, takich ludzi po wojnie nam zabrakło, bo reszta w Katyniu i nie tylko leży.
Profesor Stanisław Świaniewicz- Pochodzenie i lata młodości : Pochodził z patriotycznej, inteligencko-szlacheckiej polskiej rodziny – jego pradziadek został stracony po powstaniu listopadowym, dziadek z bratem uczestniczyli w powstaniu styczniowym, rodzice byli ludźmi wykształconymi, z wysoką pozycją społeczną – ojciec, inżynier kolejnictwa, zajmował stanowisko naczelnika odcinka kolejowego Dyneburg-Orzeł, matka skończyła szkołę dla szlachetnie urodzonych panien w Wilnie na Litwie z wykładowym językiem niemieckim. Od dzieciństwa władał trzema językami: polskim, rosyjskim i niemieckim. Jako człowiek pogranicza i kresów wschodnich był życzliwie nastawiony do narodu i kultury rosyjskiej, co do pewnego czasu transponowało się na dość naiwny stosunek do ówczesnych oficjalnych władz rosyjskich (radzieckich).
Ukończył szkołę średnią w centralnej Rosji w Orle, a następnie studiował na Uniwersytecie Moskiewskim na wydziale prawnym obejmującym wówczas całość nauk społecznych, w tym ekonomię. W związku z wydarzeniami 1917 opuścił Moskwę. Związany już wcześniej z ruchem niepodległościowym w 1919 został komendantem POW w Inflantach, a po przedostaniu się do Wilna wziął udział w walkach z bolszewikami. Od maja 1920 w składzie oddziału, który w październiku tego roku wziął udział w tzw. buncie zorganizowanym przez gen. Lucjana Żeligowskiego. Kawaler Krzyża Walecznych.
Kariera naukowa . Jeszcze w czasie działań wojennych, na podstawie indeksu Uniwersytetu Moskiewskiego z zaliczonym I rokiem studiów, zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Stefana Batorego, który ukończył w 1924. Odbył studia uzupełniające w Paryżu, Wrocławiu oraz w Kilonii. W kwietniu 1939 otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego podpisany przez prezydenta Ignacego Mościckiego. Związany cały międzywojenny czas z Uniwersytetem Stefana Batorego zajmował się analizą gospodarki sowieckiej (radzieckiej). Uważał się za ucznia Władysława M. Zawadzkiego, ministra skarbu z lat 1932-1935, zwolennika liberalizmu gospodarczego. Poza pracą na uczelni był członkiem Instytutu Naukowo-Badawczego Europy Wschodniej – niezależnej od państwa placówki badawczej, skoncentrowanej na problemach tej części Europy, oraz Instytutu Europy Wschodniej we Wrocławiu, poprzez który organizował wymianę studentów z uniwersytetami niemieckimi. Po zetknięciu się ze wschodzącym faszyzmem niemieckim dokonuje studiów porównawczych gospodarek dwóch totalitarnych krajów – ZSRR i III Rzeszy. Pomimo zdecydowanie negatywnego stosunku do nazizmu potrafił obiektywnie docenić szybki rozwój gospodarki niemieckiej w ramach polityki interwencjonizmu państwowego realizowanej przez ministra gospodarki[1]w rządzie Hitlera – Hjalmara Schachta. Był przeciwnikiem oficjalnej propagandy zaostrzającej stosunki polsko-niemieckie. Jako ekonomista i znawca podporządkowanej zbrojeniom gospodarki Niemiec zdawał sobie sprawę z dysproporcji sił pomiędzy III Rzeszą a II Rzecząpospolitą i konsekwencji izolowanej konfrontacji militarnej Niemiec i Polski. Publikował, m.in. na łamach „Kuriera Wileńskiego”, materiały dotyczące spraw narodowościowych oraz problemów społecznych, działał w różnych stowarzyszeniach – na jednym ze spotkań Koła Przyrodników Uniwersytetu Wileńskiego poznał swoją przyszłą żonę, Olimpię z domu Zambrzycką. Spośród czworga ich dzieci Witold Świaniewicz jest wydawcą angielskiego przekładu książki „W cieniu Katynia”, a Maria Nagięć jest profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.
Wojna i Katyń – Najprawdopodobniej uważany przez czynniki państwowe za germanofila, pomimo cenzusu wiekowego i naukowego, 2 sierpnia 1939 otrzymał kartę powołania do wojska z przydziałem na pierwszą linię. Uczestniczył w kampanii wrześniowej, a po bitwie pod Krasnobrodem i próbie przedarcia się w stronę granicy węgierskiej wraz z niedobitkami swego oddziału wzięty do niewoli przez Armię Czerwoną. Poprzez obóz przejściowy w Putywlu trafił do Kozielska. Bardzo szybko zorientował się, że był to obóz śledczy, w którym na potrzeby NKWD pod kierownictwem kombryga (generał-majora) (prawdopodobnie był to Wasilij Zarubin (Василий Михайлович Зарубин) , pracownik różnych struktur wywiadu, późniejszy rezydent wywiadu radzieckiego w USA) rozpracowywano każdego internowanego. 29 kwietnia 1940 został wraz innymi przetrzymywanymi wywieziony pociągiem więziennym z Kozielska do stacji Gniezdowo koło Katynia, gdzie nieoczekiwanie wycofano go z dalszego transportu i pozostawiono w pociągu, podczas gdy pozostałych oficerów wyprowadzono. Przez mały otwór pod sufitem wagonu obserwował, jak wyprowadzonych umieszczano w autobusach z oknami zasmarowanymi wapnem i wywożono dalej w nieznanym mu wówczas celu. Symptomatycznym jest, że jeszcze przez długi czas po wydarzeniach na stacji Gniezdowo nie dopuszczał możliwości masowego wymordowania swoich współtowarzyszy. Spod katyńskiego lasku trafił kolejno do więzienia w Smoleńsku, do wewnętrznego więzienia NKWD na Łubiance i do więzienia butyrskiego w Moskwie. Po kilkumiesięcznym śledztwie został za prowadzenie w Polsce naukowych badań gospodarki ZSRR “skazany” na 8 lat łagru w Republice Komi (ustwymskie łagry) zakwalifikowanych z art. 58 kk sowieckiego kodeksu karnego jako szpiegostwo przeciw ZSRR . W sierpniu 1941, w ramach tzw. “amnestii” w wyniku układu Sikorski-Majski zwolniony z obozu, ale jako jedyny żyjący polski świadek zbrodni katyńskiej natychmiast wyłączony przez NKWD z kategorii “amnestionowanych” i odesłany z powrotem do łagru. Energiczne zabiegi ministrów rządu RP Wacława Komarnickiego i Kajetana Morawskiego u ambasadora ZSRR przy Rządzie RP na uchodźstwie i rozstrzygająca osobista akcja polskiego ambasadora, prof. Stanisława Kota, który z pominięciem protokołu dyplomatycznego stanowczo interweniował bezpośrednio u naczelnika ustwymskich łagrów, doprowadziły do ostatecznego odzyskania wolności. Po dotarciu na miejsce formowania Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR formowanych pod komendą gen. Władysława Andersa natychmiast złożył władzom polskim obszerną relację dotyczącą swojego pobytu w Kozielsku oraz ostatniej styczności w pobliżu lasu katyńskiego z zaginionymi oficerami Wojska Polskiego. Pomimo prób uniemożliwienia wyjazdu przez władze ZSRR opuścił ZSRR w lipcu 1942, wraz z prof. Stanisławem Kotem i częścią personelu ambasady RP w Kujbyszewie . Świadectwo przedstawione w 1944 na specjalnym spotkaniu ambasadorowi Wielkiej Brytanii przy Rządzie RP na uchodźstwie stało się częścią opublikowanej w 1948, zredagowanej przez Zdzisława Stahla i Józefa Mackiewicza a opatrzonej wstępem przez gen. Władysława Andersa, książki “Zbrodnia katyńska w świetle dokumentów” – polskiej białej księgi – najpełniejszego aktu oskarżenia wobec ZSRR w sprawie zbrodni.
Czasy powojenne – Po wojnie mieszkał w Londynie, co łączył z pracą i wykładami w Indonezji, Stanach Zjednoczonych (USA) i Kanadzie. Najdłużej był związany z Saint Mary’s University w Halifaksie. Po 18 latach połączył się ze swą żoną, której udało się opuścić Polskę po październikowej odwilży 1956. Rodzina przeżyła wojnę w Wilnie, zaś potem osiadła w Tczewie – szczęśliwie nie niepokojona przez władze pomimo tego, że postać Świaniewicza pojawiała się w wielu procesach politycznych. Ze względu na dobro bliskich zeznania przed powołaną we wrześniu 1951 specjalną komisją Kongresu USA do zbadania zbrodni katyńskiej składał występując w masce. W latach 70. w Londynie, przed wyjazdem do Danii na tzw. przesłuchania sacharowskie dotyczące naruszania praw człowieka w krajach bloku wschodniego i tuż przed wydaniem książki o Katyniu, na pustej ulicy przeżył zamach na swoją osobę – otrzymał w tył głowy cios od nieznanego sprawcy, który po zamachu zbiegł. Ostatnie lata profesor mieszkał w Domu Kombatanta “Antokol” prowadzonym przez generała Tadeusza Pełczyńskiego z żoną.
Powojenną Polskę odwiedził tylko raz, latem 1990, gdy przyjechał na ślub wnuka. Został wtedy, na uroczystości u prezydenta Krakowa Jacka Woźniakowskiego, odznaczony krzyżem za udział w wojnie polsko-bolszewickiej lat 1918-1920.
http://niezalezna.pl/article/show/id/32624
zenobiusz powiedział/a
Masowy mord katyński musi być uznany za zbrodnię ludobójstwa.
Jeńcy polscy bowiem zostali wymordowani z rozmysłem i planowo, jedynie dlatego, że byli Polakami, czyli zabito ich z zamiarem zniszczenia wartościowej części narodu polskiego.
bom: Mordercy z Katynia
Stalin i Beria zdecydowali się, aby egzekucja polskich oficerów została przeprowadzona przez Żydów. W tym czasie wielu fanatycznych Żydów służyło w Armii Czerwonej i NKWD. Niektórzy z polską przeszłością i antychrześcijańskimi poglądami zostali wybrani, jako ideologicznie przygotowani do wykonania mordu na przedstawicielach wiodących warstw we wschodniej Polsce.
Ta informacja została opublikowana 21 lipca 1971 r., a przekazał ją polski Żyd o nazwisku Abraham Vidro, zamieszkały na terenie Izraela w Tel-Avivie, podczas wywiadu, którego udzielił gazecie “Maariv”. Podał nazwiska trzech żydowskich oficerów NKWD, którzy brali udział w likwidacji niewinnych Polaków. Abraham Vidro poinformował, że byli to sowieccy oficerowie: major Joszua Sorokin, kapitan Aleksander Susłow i kapitan Samyun Tichonow.
Ta krwawa rzeź – to było jednak za dużo nawet dla tych antychrześcijańskich morderców z komunistycznej tajnej policji. Vidro spotkał tych trzech mężczyzn w obozie wypoczynkowym dla wyczerpanych nerwowo sowieckich oficerów. Ujawnił on, że major Sorokin zaufał mu, mówiąc: “Świat nie uwierzy w to, co widziałem”. Niemniej zmusił Vidrę do złożenia przysięgi, że o przebiegu tego zdarzenia nie powie on nikomu przed upływem trzydziestu lat, aby nikt nie mścił się na nim lub na jego rodzinie. Vidro powiedział: “Żydowski major w sowieckiej tajnej policji NKWD i dwaj inni żydowscy oficerowie przyznali mi się, że po wybuchu drugiej wojny światowej zamordowali 12000 polskich oficerów w lasach Katynia”.
Kapitan Susłow przekazał Abrahamowi Vidrze: “Chcę panu o moim życiu opowiedzieć. Tylko panu możemy opowiedzieć, ponieważ jest pan Żydem. Polaków zabijałem moimi rękami. Rozstrzeliwałem ich własnoręcznie”. Przywódcy komunistycznej partii w Związku Sowieckim wiedzieli, ze tylko niektórzy głęboko nienawidzący Polaków będą zdolni takie obrzydlistwo wykonać. Ponieważ Żydzi od dłuższego czasu obwiniali Polaków, że są najbardziej antysemiccy ze wszystkich narodów, Rosjanie zdecydowali, że można im powierzyć wyniszczenie polskiej warstwy przywódczej.
Po wybuchu drugiej wojny światowej wiele tysięcy polskich Żydów uciekło do Rosji, aby tutaj szukać schronienia. Kiedy wojna się skończyła, wrócili oni z powrotem z Armią Czerwoną. Natychmiast zostali zaufanymi przywódcami w państwie.
http://niezalezna.pl/article/show/id/32624
zenobiusz powiedział/a
zenobiusz powiedział/a
Zapiski z Wierzbowej
Diariusze Jana hr. Szembeka, w latach trzydziestych XX wieku wiceministra spraw zagranicznych RP, są na Zachodzie traktowane niemal jak podręcznik dyplomacji. W Polsce mało kto słyszał o tym polityku i jego dziele, mimo że od lat stara się przywrócić pamięć o nim Towarzystwo Historyczne im. Szembeków.
- Ministerstwa niby są przychylne, ładnie piszą, ale żadnych konkretów nie ma. I to już trwa 20 lat – złości się Władysław Szeląg, prezes Towarzystwa Historycznego im. Szembeków. Towarzystwo stara się ocalić od zapomnienia m.in. postać Jana hr. Szembeka.
Intuicja
W polskiej wersji popularnej internetowej encyklopedii “Wikipedia” o Janie hr. Szembeku znajduje się jedynie krótka informacja. W angielskiej wersji – już w pierwszym zdaniu czytamy, że był jednym z najbardziej wpływowych polskich dyplomatów końca II RP.
- Nawet w Trzebini, gdzie hrabia Szembek mieszkał, jeszcze niedawno mało kto wiedział, kto to taki. W Polsce wciąż za mało dba się o zachowanie w pamięci pozytywnych postaci naszej historii – twierdzi Władysław Szeląg.
Szembek, urodzony w latach osiemdziesiątych XIX wieku, karierę dyplomatyczną rozpoczął od objęcia stanowiska charge d’affaires w Budapeszcie w 1919 roku. Parę miesięcy później został tam posłem RP. Potem przebywał na placówkach w Brukseli i Bukareszcie. W 1932 roku Józef Piłsudski mianował go podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych RP. Był nim aż do wybuchu II wojny światowej. Pełnił tę funkcję najdłużej w historii Drugiej Rzeczpospolitej. Jego sekretarz, Janusz Zembrzuski, pisał, że pracę uważał “za rodzaj przywileju i chciał trwać na Wierzbowej (gdzie wówczas mieściła się siedziba MSZ – B.D.), gdzie mógł trzymać rękę na pulsie rzeczywistości polskiej i jej perspektywie międzynarodowej” i że Szembek pracy podporządkował inne sfery życia.
Zdaniem prof. Bogdana Grzelońskiego, historyka dyplomacji, posiadał też inne niezbędne w pracy dyplomatycznej cechy.
- Umiał wnikliwie słuchać dyplomatów, których podejmował, umiał precyzyjnie oddawać ich myśli i referować swojemu szefowi i kusił się o analizę tego, co usłyszał. Te trzy cechy są nieodzowne w dyplomacji – mówił prof. Grzeloński podczas sesji “Dyplomacja wczoraj i dziś” zorganizowanej w tym roku przez Towarzystwo im. Szembeków.
W styczniu 1938 roku Szembek przewidywał: “wchodzimy w nowy rok kalendarzowy pod wyraźnym znakiem dalszego pogłębiania się kryzysu Ligi Narodów”. W październiku 1938 roku, po wysunięciu przez Niemcy projektu całościowego uregulowania relacji z Polską, pisał w swoim diariuszu: “Hitler marzy, by Polska była w straży przedniej jego marszu na Moskwę”. Rozumiał, że Niemcy chcą wysondować Polskę, po której stronie opowie się w razie konfliktu Rzeszy z Francją.
Po wybuchu II wojny światowej Szembek w zastępstwie ministra spraw zagranicznych, Józefa Becka, kierował ewakuacją rządu do Rumunii. Udało mu się uniknąć internowania, jednak nowy premier, gen. Władysław Sikorski nie znalazł dla niego miejsca w tworzonym w Paryżu MSZ. Jan Szembek zmarł w Estorialu w Portugalii w 1945 roku.
Śniadanie u Becków
Szembek pisał dziennik przez cały okres kariery w polskiej dyplomacji. Zawierał w nim często poufne informacje, streszczał rozmowy z politykami, a także dyplomatami innych państw. Analizował politykę międzynarodową. Notatki te są, jak twierdzą historycy, nieocenionym źródłem do dziejów politycznych II RP i pierwszych miesięcy drugiej wojny światowej. Zdaniem historyków Szembek umiał trafnie ocenić sytuację polityczną i wyciągać wnioski. Poza tym nie koloryzował, dzięki czemu jego diariusze są bardzo wiarygodne.
3 września 1939 roku Szembek notuje: “Śniadanie zjadłem u państwa Becków. (…) Nastrój panował niesłychanie podniecony. Mówiono tak jak gdyby klęska Niemiec była już tylko kwestią krótkiego czasu. Minister powiedział . Cytował dalej tylko same wiadomości o naszych sukcesach. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w ten sposób sztucznie podtrzymywał nastrój, gdyż oficjalne wiadomości z Naczelnego Dowództwa były skąpe i bez treści”.
“Mówią tu o mobilizacji w Rosji, nic o tym nie wiem, może chodzić najwyżej o 5 roczników, co nie jest dużą rzeczą” – mówił Szembekowi ambasador ZSRR, Nikołaj Szaronow 11 września 1939 roku, czyli na sześć dni przed uderzeniem Związku Radzieckiego na Polskę. W rzeczywistości mobilizację rozpoczęto już 4 września i ambasador Szaronow musiał wówczas wiedzieć o jej większej, niż mówił, skali.
Teki na Zachodzie
Wyjeżdżając we wrześniu 1939 roku z kraju razem z całym korpusem dyplomatycznym, Szembek zabrał swoje zapiski. – Teki zabrał ze sobą do Francji, a po jego wyjeździe do Portugalii te materiały wraz z rządem polskim zostały przeniesione do Londynu – mówi Władysław Szeląg.
Tekami jako pierwsi zainteresowali się Francuzi. Wydali je w 1952 roku. Wówczas wyjątki z pamiętników opublikowała również paryska “Kultura”. Niewielką część opublikował w 1956 roku Polski Instytut Spraw Międzynarodowych.
Ale największe, niemal kompletne opracowanie diariusza i tek Szembeka zostało wydane w Londynie, w latach sześćdziesiątych. Trzy tomy przygotował do druku poseł na sejm w Berlinie, Tytus Komarnicki. Następny, opracowany przez Józefa Zarańskiego, wydano już po śmierci Komarnickiego.
- W 1986 roku Instytut Piłsudskiego w Nowym Jorku poinformował mnie, że odnalazł się dalszy, nieznany zeszyt Jana hr. Szembeka. Poproszono mnie, abym go przygotował do wydania – mówił w ubiegłym roku prof. Grzeloński.
Polskiego wydania doczekała się ostatnia ze znanych części diariusza Szembeka. Diariusz wydano w 1989 roku w Warszawie. Nakład liczył 40 tysięcy egzemplarzy. Książki zostały bardzo szybko sprzedane, lecz mimo sukcesu nie opublikowano materiałów z wcześniejszego okresu.
Walczy o to Towarzystwo Historyczne im. Szembeków. Władysław Szeląg nieraz mówił o tym pomyśle przedstawicielom MSZ. Do tej pory jednak ministerstwo nie podjęło się tego zadania. MSZ sceptycznie patrzy też na możliwość współpracy przy tworzeniu muzeum dyplomacji europejskiej w pałacu w Trzebini-Młoszowej, o co zabiega Towarzystwo.
Perełka dyplomacji
Szembek kupił ten pałac za ponad milion koron dla swojej żony, Izabeli hr. Skrzyńskiej, siostry premiera Aleksandra Skrzyńskiego, w 1912 roku. Aż do wybuchu wojny spotykał się tam cały korpus dyplomatyczny. Towarzystwo stara się, aby pałac był miejscem upamiętniającym dokonania Jana hr. Szembeka. Niestety, na razie założenie muzeum dyplomacji, o czym marzy Szeląg, nie jest możliwe. W latach dziewięćdziesiątych pałac stał się własnością Akademii Ekonomicznej (obecnie Uniwersytet Ekonomiczny) w Katowicach.
- Myślę, że trzeba działać powoli. W tym roku prof. Jan Pyka, rektor uniwersytetu, zgodził się na tablicę pamiątkową poświęconą Szembekowi. Prawdopodobnie zostanie ona umieszczona w pałacu w przyszłym roku. Następnym krokiem według mnie powinno być stworzenie tam izby pamięci. Mam nadzieję, że w następnych latach uda się także wydać w Polsce teki i diariusze Szembeka, a także opublikować jego biografię – planuje Władysław Szeląg.
Barbara Doraczyńska
01.10.2010r.
Tygodnik Solidarność
Jan hr. Szembek urodził się 11 lipca 1881 roku w Porębie-Żegoty (obecnie Gmina Alwernia). Jego rodzicami byli: Zygmunt i Klementyna z hr. Dzieduszyckich. Dzieciństwo i młodość spędził w Krakowie, mieszkając razem z bratem Włodzimierzem i dwiema siostrami – Marią i Anną. Kształcił się w Gimnazjum im. Króla Jana II Sobieskiego, a następnie studiował w Theresianum oraz studium dyplomatyczno-konsularnym w Wiedniu. W roku 1911 ożenił się z Izabelą hr. Skrzyńską – siostrą późniejszego premiera i ministra spraw zagranicznych, a w roku 1912 wykupił dobra młoszowskie koło Trzebini, gdzie zamieszkał. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku pełnił ważne funkcje państwowe i dyplomatyczne. W latach 1921-24 był posłem Rzeczypospolitej w Budapeszcie, później w Brukseli (1924-1927), a następnie w Bukareszcie (1927-1932). Z kolei w listopadzie 1932 roku objął stanowisko wiceministra spraw zagranicznych, które piastował do 16 września 1939 roku. Od 5 do 16 września 1939 roku, pod nieobecność ministra Becka ,faktycznie kierował Ministerstwem Spraw Zagranicznych. W dniu 17 września 1939 roku udał się do Budapesztu, a następnie przez Wenecję wyjechał do Paryża, gdzie przebywał do czerwca 1940 roku. Po zajęciu Francji przez Niemców przeniósł się do Portugalii i zamieszkał w Estriolu koło Lizbony, gdzie zmarł 9 lipca 1945 roku.
RUCH RODAKÓW : O Ruchu Dolacz i Ty
RODAKpress : Aktualnosci w RR Nasze drogi
COPYRIGHT: RODAKnet
http://www.rodaknet.com/rp_art_4909_czytelnia_szembeka_wiceminister_msz_IIrp.htm
Lekarz psychiatra powiedział/a
Wydaje mi się,do czaszki nieszczęśliwej OBRONY
POLSKIEJ wdarły się szaleńcze bakterie Faraonów.Jak
można na litość boską i pamięć wspaniałych Elit
Polskich tak nieporadnie,lecz już z uporem mańjaka
kaleczyć ,aż do bólu dobre imiona Polskich Rodów.
Czego nie zniszczyli Niemcy i Rosjanie,
zniszczy i spaskudzi POLSKA OBRONA,
tak -znam tego nieszczęśiwca,on tego dokona.!
Proszę Państwa,to nie “obrona”-to OBRAZA !l
Anonim powiedział/a
Pańskie uwagi jako lekarza,potwierdzają nasze obawy.
Czy diagnoza bez dotykania pacjenta może mu przy-
nieść ulgę? Tym sposobem,wszyscy czytelnicy tej na-
prawdę chlubnej strony Ziemiańskich Rodów, będą mogli w nikim nizmąconej ciszy oddychać wspaniałą
atmosferą pałaców i polskich dworów,a także kartko-wać i śledzić chlubne dzieje ich właścicieli.
Zenobiuszu my nie chcemy “obrony polskiej”,sami się
obronimy. Naszym obrońcą będzie Pan i lekarz.
Wizzgaa powiedział/a
Dooobreee! Szczególnie ucieszę się mając wreszcie błogi spokój w 400-letniej bibliotece mojej 500-letniej rezydencji. Póki co -wyczytałam w zacnym piśmie “Party” notkę o powodzi w Australii.Pismo z 24 stycznia 2011 oznajmia ,że ” kontynent,który niemal co roku pustoszą susze i pożary,tym razem nawiedziła gigantyczna powódź.W najgorszym momencie zalany był obszar większy niż łączna powierzchnia Francji i Niemiec.Żywioł zabił co najmniej 17 osób a tysiące ludzi pozostawił bez dachu nad głową.Najbardziej ucierpiał stan Qeensland, w którym woda zniszczyla nie tylko domy ,drogi i mosty,ale zalała też kopalnie węgla,które są tu głównym źródłem utrzymania ludzi….”
Kapitan Stefan Wierzba powiedział/a
Polskie dwory i pałace emanowały dobrym wychowaniem
i głęboką wiarą.Kultywowana tradycja i historia
rodów, budziły i zaszczepiały żywotny patriotyzm,
którego najwyższym parolem ,była danina krwiiofiara
życia – Za Ojczyznę! Dziś powtarzam te słowa nieus-
tannie na swych patriotycznych spektaklach dla Pols
kiej Młodzieży,aby przekazywać Jej te wartości które
otrzymałem od swoich Rodziców,Duszpasterzy i wszyst-
kich Profesorów w moim życiu.Robię czynię i stanowię
TO WSZYSTKO DLATEGO,abyśmy mogli trwać jako naród,
GDYŻ NARÓD KTÓRY TRACI PAMIĘĆ – ZGINIE !
– ZGINIE BEZPOWROTNIE !k
Wizzgaa powiedział/a
To prawda.
zenobiusz powiedział/a
Rodzinny bohater
30 lat temu w obozie Traiskirchen w Austrii po roku od Sierpnia 80 napisalam “Sierpniowe wsponienia”. Wspomnialam o rodzinnych bohaterach narodowych. Szczegolnie bliski memu sercu pozostaje do dzis, zawsze ze lzami wspominany przez moja Mame Jej kuzyn – Zbyszek.
Zbigniew Recko z rodu Radziszewskich herbu Jastrzebiec.
Dzisiaj o 3 nad ranem znalazlam cos o nim.
“Zbyszek Trzynastka” cz. 1-2 (film zrealizowany przez TVP Białystok przy współudziale IPN w Białymstoku). Przedstawia sylwetkę Zbigniewa Rećko ps. “Trzynastka”, legendarnego żołnierza białostockiego Okręgu AK-AKO-WiN, który przeszedł do historii, organizując 31 października 1942 roku akcję brawurowej ucieczki z aresztu gestapo członków sztabu Okręgu Białostockiego AK. Przez długi czas przedstawiany w negatywnym świetle przez fakt, że uczestniczył w wykonaniu kontrowersyjnego wyroku śmierci na Irenie Liniarskiej – żonie ppłk Władysława Liniarskiego “Mścisława”. Zginął 11 października 1946 r. w walce z plutonem operacyjnym MO. Odznaczony Virtuti Militari V klasy, dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (pośmiertnie).
Po projekcji komentarz współautora filmu Marcina Zwolskiego (IPN Białystok).
http://zaprasza.net/a.php?article_id=31412